Menu

Jak w 48 godzin skomponować muzykę do filmu?

Tak właściwie to do dwóch filmów. Ale po kolei.

 

Od lat na całym świecie odbywają się kolejne edycje 48 Hours Film Project. Idea jest bardzo prosta – najpierw zbieramy ekipę. W 48HFP udział biorą zarówno profesjonaliści, jak i studenci oraz amatorzy. Zespoły liczą od kilku do kilkudziesięciu osób, a zdarzało się również, że niektórzy próbowali sił w pojedynkę. Następnie lider losuje gatunek i otrzymuje bohatera, rekwizyt oraz kwestię, która mają się w filmie pojawić.  Po 48 godzinach trzeba rzucić na stół jury pendrive z gotowym dziełem trwającym między 4, a 7 minut. Bułka z masłem, prawda? Cóż, tylko w teorii.

 

Dla mnie warszawska edycja 48HFP miała być debiutem. Na szczęście wcześniej brałem udział w game jamach (idea ta sama, tylko tworzy się grę), więc komponowanie pod presją czasu nie było mi obce. Z pomocą w znalezieniu ekipy przyszedł niezawodny facebook – umieściłem własne ogłoszenie, odpowiedziałem na post ekipy poszukującej kompozytora i następnego dnia stałem już w kolejce na poczcie, żeby wysłać niezbędne dokumenty. Wysłać, bo niestety jako Wrocławianin z pokaźną ilością gratów w moim studio nie porwałem się na logistyczne wyzwanie przeniesienia się na weekend do stolicy. Przez chwilę zastanawiałem się, czy próba skomponowania muzyki do dwóch filmów jednocześnie mnie nie przerośnie, ale z drugiej strony na ostatnim Ludum Dare (ogólnoświatowy game jam) komponowałem równolegle dla 3 ekip, w przerwach trzaskając sfx’y – powinno być ok.

Piątek, kick-off.

Struny wymienione, zapas dobrej kawy uzupełniony, poziom energii i entuzjazmu bliski 100%. Zaczęło się pięknie, mój pierwszy team wylosował film niemy i wybrał stylistykę post-apo, która od dawna jest mi bardzo bliska. Drugi – film drogi, opowiadający historię pewnego guzika, a Pani reżyser jako naprowadzenie na klimat podała “Amelię”. Świetnie!

 

 

kadr z filmu “Safehouse”, reż. Maria Magdalena Jeziorowska

 

fragment ścieżki dźwiękowej do filmu “Safehouse”

 

Plan? Prosty, jak budowa cepa (bijak, dzierżak i gązwa).

 

  1. Otrzymuję wstępny scenariusz.
  2. Komponuję kilkadziesiąt sekund utworu, aby sprawdzić czy stylistyka i instrumentarium odpowiada ekipie.
  3. Dostaję uszczegółowiony scenariusz, z widełkami ile trwać będzie każda ze scen.
  4. Komponuję całość ścieżki i jednocześnie wysyłam jej opis.
  5. Podczas montażu na bieżąco wprowadzam poprawki w stylu wydłuż/skróć/zamień

Sobota, początek zdjęć.

Do punktu drugiego szło gładko – oba szkice przyjęte pozytywnie, komponuję w najlepsze. Ale moje zespoły zaczynają zderzać się z problemami, jakie często towarzyszą ekipom “sklejanym” na dane wydarzenie. W jednej na planie nie pojawił się główny aktor. W drugiej wieczorem wysypał się montażysta plus zabrakło dźwiękowca na planie.

 

48_w1_marcinklimczak

zdjęcie (fot. Marcin Klimczak) z planu filmu “Całkiem Okrągła Historia”, reż. Elżbieta Beszłej.

 

fragment ścieżki dźwiękowej do filmu “Całkiem Okrągła Historia”

 

Ja tymczasem wygrzebuję plastikową melodykę, kupioną lata temu w lumpeksie za kilkanaście złotych, żeby dograć melodie dla chłopaków grających w guziki w czasach kaszkietów i ulicznej beztroski. Dorzucam cymbałki, wirtualne altówki, kontrabas i przechodzę do kolejnych scen. Do post-apo nagrywam rdzawe jak włosy głównej bohaterki dźwięki slide’u na gitarze 12-strunowej, podszywam basowymi syntezatorami, dorzucam pianino i sekcję smyczkową. Idzie gładko – nie ma czasu na zastanawianie się czy można by było lepiej, melodie same wypadają spod palców. Strategicznie przesypiam tu i ówdzie po 2 godziny, czekając na feedback.

 

Niedziela, deadline.

Jak się okazuje, poprzednie dwa dni trwały zdecydowanie za krótko. Przez pracę nad odległość, zmęczenie i ciśnienie czasowe kontakt jest utrudniony. Muzyka co prawda jest gotowa, ba nawet jestem z niej całkiem zadowolony, ale na porządne poprawki, tak aby stanowiła całość z filmem najzwyczajniej nie ma już czasu – o piątym punkcie planu mogę zapomnieć. Obie ekipy montują na złamanie karku, byleby zdążyć oddać swoje produkcje. Wiszę na telefonie, pomagam z dźwiękiem lektora, tnę dialogi, a nawet sam dogrywam jedną kwestię. W obu obozach nerwówka, czekam grzecznie czy uda się skończyć przed 19:30.

 

Chwilę po “godzinie zero” dostaję dwa smsy – oba filmy przyjęte (w tym jeden o 19:29).

 

Masa miłych słów odnośnie muzyki, choć oczywiście do docelowej harmonii z obrazem jeszcze wiele brakuje. Miałem szczęście trafić na dwie bardzo pozytywne ekipy, bez przerostu ambicji i traktujące to – podobnie jak ja -jako świetną zabawę i rozwojowe doświadczenie.  Współpraca była dla mnie na tyle przyjemna, że dwa kolejne weekendy spędziłem komponując muzykę dla ekip startujących w kolejno paryskiej i londyńskiej edycji 48HFP, ale szerzej o tym innym razem.

 

Chciałbym podziękować wszystkim, z którymi miałem przyjemność tworzyć te dwa krótkie filmy, a w szczególności Eli i Karolinie, które to zwerbowały mnie do swoich ekip.

 

Michał “Cadillac Loops” Korniewicz